Menu

piątek, 10 stycznia 2020

Reanimacja

Kiedy to się stało? Mam wrażenie, że minęły wieki od kiedy zamieściłem ostatni post. Istotnie było to już prawie trzy lata temu. Patrzę w listę notek w folderze roboczym, które nie zostały do tej pory opublikowane, a z racji przedawnienia w takim stanie zostaną. Dlaczego tak się stało? Możliwe, że zbyt wiele w moim życiu się działo, a jednocześnie nie działo się nic. Zastój... Może nie tyle w podróżach, co w motywacji (mój instagram przez ten czas posuchy tutaj wciąż obfitował w nowe zdjęcia). Czasami napadała mnie myśl na nadrobienie zaległości, ale jednak brak czasu również robił swoje. Dodatkowo cały zapał zabrała mi Wielka Brytania, w której to mieszkałem i możliwe, że znowu będę. Kraj, który wpędzał mnie w marazm i musiało sporo czasu upłynąć zanim się w nim odnalazłem. Obecnie mieszkam w Japonii, na wyspie Kiusiu, a dokładniej w niedużym mieście o nazwie Beppu. Praca w Japonii zabiera mi resztki czasu, jednakże każdego wolnego dnia staram się coś ze sobą zrobić, gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Uzbierało się juz tego całkiem sporo, a brak życia poza pracą tym bardziej mnie skłania, aby podzielić się z kimś opowieściami z moich podróży. 

Jednocześnie chciałem przeprosić Tych, którzy liczyli na więcej w czasach gdy pisałem bloga regularnie i mam nadzieję nie zawieść ponownie... 


niedziela, 21 maja 2017

Siedem grzechów

Dziewczyny z Almost Paradise zaprosiły mnie do zabawy, którą zorganizowały na swoim blogu. Nazywa się ona “7 PODRÓŻNICZYCH GRZECHÓW GŁÓWNYCH” i polega na opisaniu swoich historii. Każda osoba, która podróżuje - zawodowo, bądź z zamiłowania może wziąć udział w takiej zabawie. Tak więc czas na mnie. Katarzyna i Keczup dzięki za zaproszenie i motywacje do pisania.   



wtorek, 9 maja 2017

Nieśmiała góra Fudżi


Trochę mniej niż sto kilometrów od Tokio znajduje się góra Fudżi (Fujisan/富士山). Jest to najwyższy szczyt Japonii (3776 m n.p.m.), który jest również wulkanem. Dla Japończyków jest to święta góra, która jednocześnie była, jest i będzie inspiracją dla artystów. Również w ogrodach japońskich można ujrzeć miniaturowy wulkan Fudżi. Samą górę można dostrzec z Tokio, jednak, aby podziwiać jej piękno najlepiej wybrać się trochę bliżej. Tu mamy kilka opcji. Zdecydowanie najbliższą z nich jest po prostu wspinaczka - jednak trzeba pamiętać, że możemy to zrobić jedynie latem przez dwa miesiące (lipiec i sierpień). Wtedy jednak trudno jest podziwiać piękno góry w całej okazałości, za to można cieszyć się niesamowitym widokiem z niej. Dla najlepszego widoku na Fudżi warto wybrać się do kilku miejsc. Do wyboru mamy Region Pięciu Jezior Fudżi (富士五湖), miasta takie jak: Shizuoka (静岡市), Hakone (箱根), różne wioski, np. Oshino Hakkai (忍野八海), plażę Miho (三保) i wiele innych miejsc dookoła góry w tym gorące źródła (Onsen 温泉). Największy szczyt Japonii najpiękniej prezentuje się w towarzystwie jezior oraz pagody Chureito 忠霊塔 (w mieście Fujiyoshida/富士吉田市). 


Widok na Fudżi z regionu Pięciu Jezior (źródło: https://alljapantours.com)

wtorek, 21 marca 2017

Widok na Tokio

Istnieje taka sprytna mapka Tokyo Metro Guide. Jest ona dostępna w każdej informacji turystycznej. Poza mapą metra, ma również do zaoferowania kilka planów zwiedzania. Początkowo miałem w zamiarze skorzystać z jednego z nich. Ponieważ widziałem już część z atrakcji podczas poprzedniego pobytu w stolicy Japonii, a byłem spragniony nowych, musiałem zmodyfikować proponowaną ofertę. Idealnie nadała się do tego bardzo uproszczona mapka Tokio. Umieszczono na niej sporo ciekawych miejsc.  Ciężko było stwierdzić, jakie były realne odległość między każdym miejscem. Mapa nie miała żadnej skali, w zasadzie był to tylko bardzo prosty obrazek.  Na szczęście posiadała najważniejszą rzecz, a mianowicie nazwy stacji metra. Miałem ze sobą bilet 72 godzinny, który czekał tylko na wykorzystanie. 

Przewodnik z mapką - przydatna rzecz dla zwiedzających 

poniedziałek, 13 marca 2017

Ueno - Tokio [JAPONIA]

Do Tokio przybyłem bardzo wcześnie. Była piąta rano, miasto budziło się do życia, a ja szukałem adresu mojego hotelu kapsułkowego. Po kilku konwersacjach z miejscowymi ludźmi, w końcu udało mi się go zlokalizować. Niestety, było stanowczo za wcześnie, aby moja kapsuła była zwolniona po poprzedniku. Mogłem się zameldować dopiero od godziny dwunastej. Nie chciałem stresować Japończyków, którzy bardzo przejmowali się tym, co ja ze sobą pocznę - wszak do 12:00 zostało jeszcze sporo czasu. Uprzejmie poprosiłem obsługę o zaopiekowanie się moim bagażem i zapewniłem, że zorganizuję sobie czas.

Park Ueno 

środa, 8 marca 2017

Pierwsze kroki w Tokio [JAPONIA]

Tokio jest jednym z moich ulubionych. Aby je poznać trzeba mieć naprawdę sporo czasu. Ja miałem szczęście być tam już dwa razy. Niestety, dla mnie, osoby zakochanej w Japonii od dawna, po studiach japonistycznych, to wciąż za mało. Zaryzykowałbym jednak stwierdzeniem, że nawet osoby, które nigdy nie interesowały się Dalekim Wschodem oraz Krajem Wschodzącego Słońca, nie będą nudzić się w Tokio. Jest to miejsce gdzie każdy znajdzie coś dla siebie - miłośnicy ogrodów, architektury, technologii, pociągów, historii, jedzenia itd. Problem jednak pojawia się gdy chcemy zaplanować podróż do Tokio. Przecież tyle razy słyszeliśmy jak drogie jest to miasto, że Japończycy nie mówią po angielsku, do tego nie jest realnym przeczytanie czegokolwiek przez wszechobecne krzaki... Postanowiłem więc opisać trochę To miasto, aby przybliżyć wam jak to tak na prawdę wygląda (w moich oczach). 

Widok z wieży tokijskiego ratusza. 

czwartek, 23 lutego 2017

Garnek na chodniku - ulice Sajgonu [WIETNAM]

Codzienność na ulicach w Sajgonie to przede wszystkim harmider. Zewsząt słychać ryk motorów i skuterów... Zresztą nie tylko słychać - trudno nie zauważyć rzeki dwukołowych pojazdów. Poruszają się one w niemalym chosie, a jednak w miarę funkcjonują. Trzeba pamiętać, że chodnik nie jest dla pieszych, a dla tych kierowców motorków, którzy nie chcą stać na czerwonym świetle, lub w korku. Nie ma w tym nic dziwnego, gdy nerwowo trąbią na przechodniów, aby ci się łaskawie usuneli... Wszakże jak oni śmią poruszać się po chodnikach?  Zdecydowanie lepiej przemieszczać się na dwóch kołach. Wszelkie taksówki, autobusy i większe pojazdy przemierzają gigantyczne odległości w ślimaczym tępie. Kierowcy muszą być ostrożni, co chwilę przecież jakiś motorzysta może zajechać im drogę, lub jakiś człowiek wyskoczyć znienacka na ulice. Miszmasz jest tak wielki, że każdy musi trzymać się wciąż na baczności.

Liczba motorków jest niesamowita




czwartek, 16 lutego 2017

HEY MISTER - MASADŹI !!! [WIETNAM]

Większość atrakcji oferowanych przez Mui Ne było już za mną, dlatego maiłem sporo czasu na lenistwo. Poranne spacery wzdłuż morza, śniadania wietnamskie, pływanie, opalanie się, czytanie książek, obiadki w rosyjskich  knajpkach. Czas mijał wyjątkowo przyjemnie. Nie ma co jednak za długo siedzieć na dupie kiedy jeszcze nie wszystko zwiedzone. Ostatnim punktem jaki chciałem zobaczyć były Żółte Piaski (zwane też Czerwonymi - choć ich kolor wydaje się byś bardziej miodowy). Mijałem je na motorze w drodze do białych wydm. Były one stosunkowo blisko, ale za daleko by iść tam na pieszo. Motor odpada. Prawdopodobnie drugi raz nie uniknąłbym mandatu za jazdę bez prawa jazdy na motorze. Pozastałymi opcjami jakie miałem były rower (ale te wszystkie do wynajęcia były tak pordzewiałe, że jazda na którymś z nich równałaby się śmierci), miejscowi naciągacze na motorach, taksówka lub autobus miejski. Postanowiłem wybrać tą ostatnią.

Zapisałem sobie nazwę miejsca do którego chciałem dojechać i poszedłem szukać przystanku. Nie rzucają się one w oczy. Mała tabliczka pośród wielu innych może umknąć uwadze. Nie było też żadnych zatoczek i rozkładu jazdy. Była natomiast wypisana trasa, niestety nie mówiło mi to za wiele. Cierpliwie stałem i czekałem, aż jakiś autobus lub bus będzie jechać. W międzyczasie znowu poczułem się jak wielka kupa do której ciągną muchy. Nie mogłem się odpędzić od nachalnych kierowców na motorkach, którzy zatrzymywali się co chwilę z propozycją podwózki za “drobną” opłatą. Dzielnie wytrwałem, nie tracąc przy tym dobrego humoru. Podjechał niewielki autobus, w zasadzie to bus. Wsiadłem i nie żałowałem.  W każdym z busów jest ktoś, kto sprzedaje bilety - taki konduktor. U mnie była to bardzo miła pani. Pokazałem jej nazwę miejsca do którego chciałem dojechać, poprosiła niewielką sumę pieniędzy i wręczyła mi bilet.

Mimo sporej ilości Rosjan i Ukraińców mieszkających w Mui Ne, byłem w autobusie raczej ciekawostką. Prawdopodobnie biali ludzie rzadko jeżdżą tutaj komunikacją miejską, stąd też reakcja mieszczuchów. Wszyscy przyjaźnie się uśmiechali, wyglądali zwyczajnie i to mi się podobało.


Wnętrze autobusu miejskiego 


czwartek, 2 lutego 2017

A prawo jazdy pan ma? [WIETNAM]

Wczesny ranek przywitał mnie bardzo piękną pogodą. Była to całkiem miła odmiana po poprzednim, pochmurnym i deszczowym dniu. Trochę słońca i człowiek staje się od razu szczęśliwszy. Już przed 9 rano czekałem przed recepcją hostelową na kluczyki do skutera. W mojej komórce zapisałem sobie nazwy wszystkich atrakcji, o których wiedziałem z miejscowych ofert wycieczkowych. Większość z nich była rozpisana zbiorczo w kilku wariacjach, jako jednodniowe podróże Jeepem (są one popularne wśród selfiestickowców). Ja miałem w planie zwiedzić tyle ile się da.  Pani wręczająca mi kluczyki do skutera marki Yamaha dodała, że muszę tylko zatankować, oraz że mogę to zrobić zaraz po drugiej stronie ulicy. Ku mojemu zadowoleniu nie musiałem tego robić. Bak w moim skuterze był pełny. Wszystko zapowiadało się idealnie. No to jazda.  

Mój przyjaciel - skuter Yamaha :)

wtorek, 31 stycznia 2017

Zdrasfujcje MUI NE [WIETNAM]

Czas na krótkie wakacje w wakacjach. Jako cel wybrałem niewielką nadmorską miejscowość o nazwie Mui Ne. Z Ho Chi Minh (Sajgonu) można dostać się tam autokarem. Zachęcony myślą o pięknych plażach i odpoczynku od miasta, czym prędzej pobiegłem kupić bilet. Spakowałem się do mniejszego plecaka, a duży bagaż zostawiłem na przechowanie w moim nowym hostelu (tym razem hostel był normalny). Następnego dnia wcześnie rano ruszyłem w umówione miejsce, w którym na wszystkich tych, którzy także zakupili bilety na ten sam autobus co ja, czekał Wietnamczyk z obsługi. Pan Wietnamczyk kilkakrotnie przeliczył zebranych i oznajmił, że może już nas zaprowadzić do autokaru. Jak to bywa w tej części Azji - autobusy są w wersji sypialnej. Między Sajgonem, a Mui Ne nie ma tak wiele kilometrów, ale miejscem docelowym autobusu było Hoi An (moje ulubione miasteczko w Wietnamie), a tam podróż trwa znacznie dłużej. Trasa miała zająć około 4 do 5 godzin. Autobusy i samochody w Wietnamie jeżdżą bardzo wolno - nie tyle z powodu dróg, co ilości motorków na ulicach, które poruszają się w bliżej nieuporządkowanym systemie, dlatego jeżeli kierowcy większych pojazdów nie chcą nikogo zabić musza mieć się cały czas na baczności.


wnętrze autobusy sypialnego


piątek, 9 grudnia 2016

Kłopoty Pierdziocha [WIETNAM]

 Wspaniały hostel Pierdziocha 
Jak to niewiele trzeba, aby otworzyć własny biznes... W mojej głowie zawsze wyglądało to na nieco skomplikowane. Trzeba spełnić pełno warunków prawnych itd., nie łatwe zadanie.  Nic bardziej mylnego! Pierdzioch miał pomysł na hostel i go po prostu zrealizował. Postanowił wynająć duży pokój w wielkim domu (ten sam w którym przebywałem) i co później? Otworzyć hostel w tymże pokoju, bez żadnych konsultacji z osobą, która owe pomieszczenie mu wynajęła. Później wystarczy kupić najtańsze materace i łóżka, kilka koców i poduszek i gotowe. Nic bardziej prostszego, można teraz tylko zarabiać wietnamskie miliony.


Niestety... właściciel budynku, gdy tylko dowiedział się o tym fakcie, nie był zadowolony. No kurczę,  jak to możliwe? Przecież dostaje opłatę miesięczna za wszytko.... Takie przynajmniej były argumenty Hindusa. Nie mógł on pojąć dlaczego właściciel jest taki wściekły.... Kłócili się każdego dnia, a goście hostelowi kolejno się ewakuowali, aż został jedynie Frank, Staś i ja.

Pierdzioch poszukiwał nowego miejsca na swój biznes, ale nie mógł go znaleźć, gdyż jak twierdził wszyscy byli głupcami i robili problemy bez powodów. No bo jak można się nie zgodzić na hostel w wynajętym pokoju?! Złość kipiała w nim, a wyładowywał ją na Franku. Na szczęście nie musiałem na to patrzeć, gdyż tego dnia byłem cały dzień w pracy, a po powrocie z niej postanowiłem wraz ze Stanisławem wyjść i zjeść pyszne wietnamskie jedzenie -  nasz pożegnalny posiłek (następnego dnia Staś ruszał w dalszą drogę, a ja wyprowadzałem się do nowego miejsca).


Pożegnalny prezent od Stanisława

niedziela, 4 grudnia 2016

Ciekawi ludzie [WIETNAM]

Jednym z plusów przebywania w hostelu jest możliwość poznania ciekawych ludzi. Nie inaczej było także u Pierdziocha. Przeżyłem noc w jego hostelu, a rano, w promieniach słońca wpadających przez okno, miałem możliwość przyjrzeć się wszystkiemu i wszystkim. Nie było już dymu z kadzidełek, widoczność była 100%.  W małym radyjku cicho pobrzękiwały modlitwy sikhów. 
 Na jednym z piętrowych łóżek była kobieta z dwiema córkami - bliźniaczkami. Dziewczynki miały około 8 lat i były przeurocze, wszyscy mieszkańcy pokoju bardzo je lubili. Ich mama była piękna kobietą, miała 36 lat, ale wyglądała o wiele młodziej - na jakieś 25/27. W Wietnamie oczekiwała na wizę do Japonii. Zdążyła także opowiedzieć mi kilka swoich życiowych historii. Jedną z nich była opowieść o tym jak jej były chłopak prawie ją zabił. Otrzymała postrzał w szyje i niemal się wykrwawiła, szczęśliwie ktoś ją znalazł i szybko zabrał do szpitala. Pokazała swoją bliznę - była sporych rozmiarów. Również miała spora kolekcje zdjęć przeróżnych narkotyków, spisywała nazwiska różnych osób i szczegóły dotyczące ich fachu. Jako, że była w Wietnamie dość długo i w ogóle nie pracowała, miałem swoją teorie, że szantażuje ona jakiś dilerów narkotyków dzięki czemu ma pieniądze, a jednocześnie, aby być bezpieczna z dziećmi ukrywa się w Wietnamie. 
Innym mieszkańcem pokoju był sympatyczny gruby chłopak bez jednej ręki. Był on Wietnamczykiem. Mieszkał w hostelu ponieważ było to dla niego tańsze niż wynajęcie mieszkania. Taka była oficjalna wersja, później jednak powiedział, ze nie dogaduje się z rodzicami i postanowił się wyprowadzić. Kolejnym był Patric - chłopak z dredami pochodzenia polskiego, ale już narodowości niemieckiej. Przybył on do Wietnamu by uczyć angielskiego. Zasugerowałem mu by szukał pracy także jako nauczyciel niemieckiego ponieważ było sporo osób w Wietnamie, które chciały się uczyć tego języka. Dostał on także sporo pomocy od starszego Brytyjczyka, który mieszka w Azji około 10 lat już i także uczył angielskiego. David (bo tak miał na imię ten starszy Brytyjczyk) miał około 40 kilku lat i pochodził z Walii. Stał się on moim sąsiadem ponieważ pan Pierdzioch sprawił nowe piętrowe łóżko i ja zająłem górne piętro, a David dolne. Często z nim rozmawiałem o jakichś pierdołach. Głównym tematem wszytkich były wybory prezydenckie w USA. W pokoju był również Frank. Pochodził on z Chin i przybył do Wietnamu w poszukiwaniu pracy. Pan pierdzooch dał mu możliwość pomagania w hostelu, dzięki czemu Frank mieszkał i jadł za darmo. Jego historia jest także dość skomplikowana. Pochodził on z małego miasta (jak to Chiny małe miasto, raptem ponad milion mieszkańców). Nie chciał jednak pracować w Chinach ponieważ nie chce mieć kontaktu z rodzicami. Postanowił uciec do innego kraju by się odciąć od nich. Nie wiem jaki był powód tego odcięcia, nigdy nie pytałem w każdym razie musiał być bardzo nieszczęśliwy.  W Chinach to dzieci opiekują się rodzicami na starość, utrzymują ich i często mieszkają ciągle pod jednym dachem, może to sprawić sporo problemów gdy trzeba utrzymać własne dzieci i rodziców.
Po tych wszystkich historiach pomyślałem sobie, że idealnie nadaje się do tego hostelu. Przyjechałem do Wietnamu na 3 miesięczny kontrakt. Niestety warunki jakie obiecano, a jakie zastałem różniły się diametralnie. Dostałem mieszkanie, ale pracy, która miałem mieć nie było. Miałem pracować jako model (co jest śmieszne dla mnie, ale stwierdziłem, ze nawet jak będzie lipa to warto pojechać o się przekonać niż żałować całe życie). Agencja dla której pracowałem nie załatwiała zleceń, tzn starała się, ale wymyślała tak nierealne ceny dla swoich klientów, że w ogólnym rozrachunku decydowali się oni na modeli z innych firm. Nawet gdy ktoś był w stanie zapłacić agencji wysoka cenę to model dostawał śmieszne pieniądze. Gdy byłem chory nie miałem nawet na lekarstwa, gdy zatrułem się także nie byłem w stanie kupić żadnych lekarstw więc zatrucie męczyło mnie niemiłosiernie długo. Postanowiłem szukać pracy na własna rękę. Po raz kolejny stałem się nauczycielem angielskiego oraz znalazłem sporo zleceń dla modeli za bardzo dobre pieniądze. Oczywiście robiłem to wszytki na boku bez wiedzy agencji gdy ci życzyli by sobie za moje dodatkowe zlecenia 40% (za rzekomą opiekę nade mną). Po otrzymaniu od agencji wszystkich pieniędzy za moje drobne zlecenia postanowiłem się wyprowadzić od nich - bez uprzedzenia. Zostawiłem jedynie kontrakt, którego nigdy nie podpisałem za to narysowałem wymowny rysunek. Jak się okazało nie byłem jedynym modelem, który odszedł. Wszyscy jak jeden mąż odchodzili i żyło im się o wiele lepiej pracując na własna rękę. Wielu z nich zaoferowało mi pomoc i gdyż przechodzili przez podobne rzeczy w tej agencji. Wyprowadziłem się i trzeba było znaleźć nowe miejsce. Tak też trafiłem do hostelu pana Pierdziocha, u którego mieszkało tak wielu ciekawych ludzi. 
Wszyscy wymienieni przeze mnie mieszkańcy hostelu pozostawali w nim najdłużej. Jestem z nimi nadal w kontakcie.  Inne osoby pojawiały się na dzień maks dwa więc nie było szansy na zapoznanie się.
Pan Pierdzioch dbał o wszystkich, starał się być dobrym gospodarzem. Robił śniadania, indyjskie mikstury lecznicze gdy ktoś był chory (ja dostałem jedna na gardło - smakowało to niezbyt dobrze, ale pomogło). Z czasem z pokoju zniknęły wszystkie podłogowe materace, a zastąpiły je łóżka piętrowe. 
Pewnego dnia do hostelu przybył inny Polak. Staś - bo tak miał na imię - jest jedna z najciekawszych osób jakie spotkałem. Dojechał do Wietnamu autostopem z Polski. Gdy myślę ile ja przejechałem kilometrów autostopem, a ile on czuję się tak jakbym nigdy nie jechał w taki sposób. W każdym razie bardzo polubiłem Stanisława. Jego przygody były mega ciekawe. Był on w tym hostelu, podobnie jak i ja do końca egzystencji tego miejsca. Pan Pierdzioch wkrótce miał spore kłopoty (o tym będzie następnym razem), trzeba było się ewakuować...

Kontrakt, który zostawiłem - stał się on sławny wśród wszystkich modeli w Sajgonie.
Od lewej - Pierdzioch, Staś i ja 








czwartek, 1 grudnia 2016

Pan Pierdzioch [WIETNAM]

Trochę to zajęło zanim pani taksówkarka odnalazła hostel, do którego zmierzałem. Istotnie nie było to łatwe, gdyż nawet GPS twierdził, że adres nie istnieje. Pytaliśmy ludzi po drodze, aż w końcu jedna duszyczka wietnamska pomogła nam. Aby dojechać do hostelu trzeba było wjechać w prywatne podwórze. Do około stały piękne wille, przez chwile myślałem, że to nie możliwe, aby mój tani hostel znajdował się w takim miejscu... a jednak. Zatrzymalismy się pod dokładnie takim samym adresem jaki miałem zapisany w swoim telefonie. Zapłaciłem i podziękowałem grzecznie pani za dziele dowiezienie mnie na miejsce. 
Wszedłem do bardzo ładnego budynku. Ukazał mi się ogromny biały pokój z kilkoma skórzanymi kanapami i niskim szklanym stołem.  Na jednej z kanap siedział młody chłopak (Frank). Recepcji jednak nie było w zasięgu mojego pola widzenia. Nie bardzo wiedziałem gdzie mam się udać. Ów chłopak przemówił. Miałem kłopot by go zrozumieć ponieważ mówił bardzo cicho, a do tego bardzo niewyraźnie. Po chwili dotarło do mnie, że mówi, abym poszedł na kolejne piętro. Istotnie po prawej stronie były piękne, ciemno-brązowe drewniane, kręte schody. 
Wtaszczyłem moja nieszczęsną, wielką walizkę na pierwsze piętro (nie znoszę mieć walizki podczas podróży, ale tym razem niestety byłem na nią skazany). “I co dalej?” myślałem, ujrzałem kilka drzwi, ale które miałem wybrać to nie mialem pojęcia. Stałem tak przez chwilę w bezruchu, aż w końcu młody chłopak z piętra niżej dołączył do mnie i powiedział mi, wskazując na jedne z drzwi, że to tutaj. Przekręciłem klamkę i otworzyłem niepewnie drzwi. Pierwsze co to uderzyła mnie ściana dymu - do tej pory nie wiem czy to było kadzidełko na komary, czy może jedno z tych jakie palą w świątyniach. Probowałem coś dostrzec, ale światło było słabe, a mgła utworzona przez dym ograniczała widoczność. Nie mniej jednak w pokój był obszerny, stało w nim kilka lóżek piętrowych, a na podłodze leżało kilka materaców. Przy jednej ze ścian stało biurko z komputerem, przy którym siedział około 40/50 letni Hindus. 
Pan Pierdzioch (bo tak nazwałem owego Hindusa) był właścicielem tego “przytułku”, który szumnie nazywał hostelem (w zasadzie to “właściciel” to raczej zle słowo, powinienem raczej nazwać go pomysłodawcą). Na głowie miał biały turban, na nosie małe okulary, do tego posiadał długą siwą brodę z warkoczykiem. Zaliczał się on do sikhów (Jeżeli ktoś nie wie co to jest sikhizm  to tu jest link do wiki: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sikhizm). Powiedziałem mu, że ma rezerwację i chciałem się zameldować. Pan Pierdzioch wesoło zaczął szukać w swoim komputerze mojej rezerwacji. Trwało to sporo czasu, gdyż w trakcie szukana mojej rezerwacji oferował mi herbatę oraz jakieś indyjskie smakołyki. Opowiadał on różne historie, skacząc z tematu na temat tak szybko, że generalnie nie miałem bladego pojęcia o czym on mówi.  Po odszukaniu mojej rezerwacji dostałem swój materac. Był on w tym samym pomieszczeniu. Pierdzioch nazywał owy materac futonem (tradycyjne japońskie posłanie) - ja natomiast jako osoba śpiąca wielokrotnie w futonach, wiedziałem, że futon to to nie był.   Nie czepiajmy się jednak. Nie byłem pewny czy dobrze robie zostając w tym miejscu. To miejsce było super dziwne. Nie wiedziałem już czy nadal jestem w Wietnamie, czy może w jakiś bliżej nieokreślony sposób przeniosłem się do Indii.  Wszystko znajdowało się w jednym dużym pokoju - recepcja, pokój sypialny, prowizoryczna kuchnia (lodówka i przenośna kuchenka elektryczna z jedną płytą grzewcza) no i jakże wspaniała łazienka. 
Łazienka była cala przeszklona, na szczęście szkłem matowym wiec nikt nie mógł nic zobaczyć. Zamkniecie polegało na zaczepieniu hakiem od wieszaka na ubrania poręczy przy drzwiach (gdyby ktoś chciał wejść, w czasie gdy było zajęte, co najwyżej odchyliłby drzwi na jakieś 20 cm - dość szeroko, aby wszystko zobaczyć). Przeszklona ściana nie sięgała jednak do samego sufitu. Była wysoka na około 2 metry podczas gdy pokój miał ze 2,5 metra wysokości... “No to powodzenia” pomyślałem, jak tu w spokoju się umyć nie mówiąc juz o puszczeniu klocka.
Siedziałem tak na swoim materacu próbując wyciągnąć niezbędne mi rzeczy do spania, chłonąc to miejsce i obserwując innych lokatorów w pomieszczeniu zajętych swoimi sprawami. Pan Pierdzioch  wciąż nawijał do co poniektórych o jakichś mało istotnych rzeczach. W zasadzie mówił obustronnie. Jedną strona wychodziły mu słowa, a druga pierdy. Pierdział bez żadnych zahamowań, dlatego też nazwałem go panem Pierdziochem. Zastanawiałem się czy Pierdzioch robi to umyślnie, czy może przypadkowo, a może, aby dodać otuchy komuś kto był w pięknej oszklonej toalecie starał się opanować głośne pierdy, by nikt nie usłyszał. 
Długo nie moglem zasnąć zastanawiając się gdzie ja właściwie jestem, czy na pewno powinienem tu zostawać na kilka dni? Ogólnie stwierdziłem, że trzeba to jednak potraktować jako przygodę... i taki też był cały mój pobyt w tym miejscu. 

poniedziałek, 28 listopada 2016

No i po co tam jedziesz?

“No i po  co tam jedziesz?” pytano mnie wielokrotnie w moim domu przed każdym wyjazdem. Pytała mama pytał tata, pytała babcia kiedy jeszcze żyła, w zasadzie pytał każdy z rodziny. Nigdy nie mogłem pojąć czemu prowadzą taki statyczny tryb życia. Chyba była i jest to kwestia priorytetów w mojej rodzinie. Rodzice trzymali pieniądze na to, aby co jakiś czas kupić coś nowego do domu, zrobić remont itd. Ja natomiast wydawałem wszystko co dostawałem by tylko gdzieś pojechać... Nie było tego za wiele w czasie liceum i studiów, dlatego też autostop był pewną alternatywą.
Początkowo nie jeździłem daleko. W domu zawsze trwały walki o każdy wyjazd. Czasami aby moc pojechać musiałem mówić, że jadę znacznie bliżej niż było to w rzeczywistości. Przykładowo gdy jechałem do Legnicy lub Wrocławia (odległość od mojej rodzinnej mieściny około 60/70 km) mówiłem, że jadę do Wałbrzycha (odległość około 16 km). Gdy juz przyzwyczaili się do moich weekendowych wyjazdów do “Wałbrzycha” (w którym notabene bywałem 5 dni w tygodniu, gdyż tam uczęszczałem do liceum),  mogłem w końcu powiedzieć “jadę do Legnicy” (opcjonalnie do Wrocławia). Był to kolejny krok. 
W czasie gdy oficjalnie jeździłem do stolicy Dolnego Śląska zdarzało się pojechać do Krakowa czy też Poznania. Zamiast do Legnicy to na Przystanek Woodstock itd... Nie do końca czulem się ok  tym, że nie mówiłem prawdy, ale był to jedyny sposób by udać gdzieś dalej. W zamian starałem się jak mogę w szkole żeby nie było ze mną kłopotów. Było kilka przedmiotów stwarzających pewne trudności, więc do nich przykładałem się najbardziej. Również nie wagarowałem, nie wdawałem się w żadne konflikty, i starałem się być dobrym grzecznym synem. Jedyne moje przewinienie to wyjazdy i spóźnianie się (jadąc autostopem ciężko było przewidzieć czas dojazdu). 
Lata mijały, a ja nadal chciałem podróżować . Nadal chcę i nadal staram się to robić w miarę swoich możliwości. Co zabawne wciąż gdy rozmawiam z rodzicami i mówię o moich planach wyjazdowych (juz oficjalnie) słyszę “no i po co tam jedziesz?”. W zasadzie nie wiem po co... Powodów jest tyle, że nie wiem, który wybrać. W każdym razie nie potrafię wysiedzieć na tyłku w jednym miejscu... 

     Obecnie siedzę w japońskiej restauracji w jednym z wietnamskich miast. Jak to się stało? Tak wyszło przypadkiem... zresztą jak wszystko. Gdzieś tam po drodze zamierzam opisać wszystko póki co od czegoś trzeba było zacząć :)